artykuły
18.01.2011
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.
Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę».
Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie».
Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło». (Łk 19,1-10)
Kiedy Jezus przechodził blisko domu Zacheusza, ten za wszelką cenę „chciał zobaczyć Jezusa”, i w tym celu – ponieważ był niskiego wzrostu – tego dnia wspiął się na drzewo, „aby móc Go ujrzeć”. Chrystus w ten sposób zobaczył Zacheusza i zwrócił się do niego słowami, które dają wiele do myślenia. Chrystus nie tylko dał do zrozumienia, że zobaczył go na drzewie, lecz co więcej, oświadczył wobec wszystkich, że chce „zatrzymać się w jego domu”.
Zacheusz „chciał zobaczyć Jezusa”. A czy ja chcę „zobaczyć Chrystusa”? Czy czynię wszystko, aby „móc Go zobaczyć”? Jest to problem aktualny dla każdego z nas osobiście: czy chcę? chcę naprawdę? A może raczej unikam spotkania z Nim? Wolę nie widzieć Go i wolę, żeby On mnie nie widział przynajmniej na mój sposób myślenia i mniemania? A jeśli już Go widzę w jakiś sposób, to wolę Go widzieć z daleka, nie zbliżając się zbytnio, nie podsuwając się pod Jego oczy, aby nie zobaczyć zbyt wiele… aby nie musieć przyjąć całej prawdy, którą jest On, która pochodzi od Niego – od Chrystusa?[1]
Kiedy Zacheusz dowiedział się o nadejściu Jezusa, wszedł na drzewo i nie zwracając uwagi na śmieszność sytuacji, w jakiej się znalazł, oczekiwał, choć nieświadomie, na przejście Boga. Mieszkańcy Jerycha, mimo że był człowiekiem bardzo bogatym, najprawdopodobniej nie darzyli go szacunkiem. Mieli więc wspaniałą okazję, by mu to zamanifestować, by wyśmiać tego, który ich okradał. Pewnie patrząc na niego, drwili. Może niektórzy myśleli sobie: Przecież Jezus jako prorok będzie wiedział, kim on jest. Na pewno nie zechce nawet spojrzeć na to drzewo. Czyż prorok z Nazaretu będzie zwracał uwagę na takiego grzesznika? Tymczasem Chrystus przechodząc, nie tylko dostrzega go, ale nawiązuje z nim dialog i wypowiada słowa zdumiewające: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Chrystus stwierdza, że musi zatrzymać się w domu tego wielkiego grzesznika.
Kiedy Zacheusz dostrzegł miłość Boga, „oszalał” z radości. Ten, który całe życie ciułał, okradając innych przy każdej nadarzającej się okazji, byleby tylko pomnożyć swoje bogactwo, w odpowiedzi na okazaną mu miłość trwoni swój majątek, choć Jezus wcale tego od niego wprost nie wymagał. Połowę dóbr obiecuje rozdać ubogim, a tym, których okradł, zobowiązuje się zwrócić poczwórnie. W zetknięciu z Bożą miłością wszystko to okazało się dla niego nieważne. W zetknięciu z Bogiem zdobył się na szaleństwo wiary. O tak diametralnej zmianie jego postawy zadecydował fakt, że on – grzesznik mógł gościć w swoim domu kogoś, kto okazał mu prawdziwą miłość, kogoś, kto w istocie jest samą Miłością. To zrodziło w nim pragnienie, by stać się czystym i jak najpełniej odpowiedzieć na tę szczególną miłość, jakiej doświadczył.[2]
Bóg nikogo nie wyklucza – ani ubogich, ani bogatych. Bóg nie daje się uzależniać od naszych ludzkich przesądów, ale widzi w każdym duszę, która ma być zbawiona a przyciągają go szczególnie te, które uchodzą za stracone i które same uważają się za takowe. Jezus Chrystus, wcielenie Boga, pokazał to ogromne miłosierdzie, które w żadnym wypadku nie gładzi ciężaru grzechu, ale dąży zawsze do zbawienia grzesznika, do umożliwienia mu rehabilitacji, rozpoczęcia [życia] na nowo, nawrócenia. Zacheusz przyjął Jezusa i nawrócił się, gdyż Jezus jako pierwszy przyjął jego! Nie potępił go, lecz wyszedł naprzeciw jego pragnieniu zbawienia.[3]
Chrystus „światłość świata” wniósł w dom Zacheusza, a w sposób szczególny w jego serce swoje światło. Pod wpływem bliskości Jezusa i Jego słów zaczyna się dokonywać przemiana serca tego człowieka. Już na progu swego domu składa Zacheusz takie oświadczenie: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na przykładzie Zacheusza widzimy, jak Chrystus rozjaśnia mroki ludzkiego sumienia. W Jego świetle poszerzają się horyzonty ludzkiej egzystencji, zaczyna się dostrzegać świat ludzi i ich potrzeby. Rodzi się poczucie więzi z drugim człowiekiem, świadomość społecznego wymiaru człowieka i w konsekwencji poczucie sprawiedliwości. Zwrot ku drugiemu człowiekowi, ku bliźnim, stanowi jeden z głównych owoców szczerego nawrócenia. Człowiek wychodzi ze swego egoistycznego „bycia dla siebie” i zwraca się ku innym, czuje potrzebę „bycia dla innych”, bycia dla współbraci.[4]
Zacheusz nie przestraszył się, że przyjęcie Chrystusa w swoim domu mogłoby zagrozić na przykład jego karierze zawodowej albo utrudnić pewne czynności, związane z jego działalnością jako zwierzchnika celników. W tej chwili staje się jasne, że nie tylko Zacheusz „zobaczył Chrystusa”, ale równocześnie Chrystus przeniknął jego serce i sumienie; prześwietlił go aż do dna. I oto dokonuje się to, co stanowi właściwy owoc „zobaczenia” Chrystusa, spotkania z Nim w pełnej prawdzie: dokonuje się otwarcie serca, dokonuje się nawrócenie. Dokonuje się dzieło zbawienia. Stwierdza to sam Jezus, kiedy mówi: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”. A jest to jedna z najpiękniejszych wypowiedzi Ewangelii.[5]
Przyjść do kogoś w gościnę oznaczało w ówczesnej sytuacji nawiązanie z tym kimś pewnej duchowej komunii. To nie było tylko zwykłe przyjście na posiłek czy przyjęcie. Nie chodziło o to, żeby coś zjeść, ale by wejść z kimś w szczególny, intymny kontakt. Jezus wybrał Zacheusza, aby wejść w osobową komunię właśnie z nim. Przychodząc do domu zwierzchnika celników, być może największego złodzieja Jerycha, samą swoją obecnością dokonał konsekracji tego domu. Dom Zacheusza stał się przez to jakby świątynią i sanktuarium. Taki jest Bóg - szalony w swojej miłości ku człowiekowi. Jezus przyszedł do Zacheusza, aby przynieść zbawienie jego domowi. Domowi, to znaczy samemu Zacheuszowi, jego rodzinie, ale i tym wszystkim, którzy przychodzili do jego domu i zasiadali z nim do stołu, a więc podobnym jemu celnikom i grzesznikom. Przyszedł, by z nimi tworzyć komunię, by przyjąć ich do tej konsekrowanej przez siebie świątyni. Serce Zacheusza stało się sanktuarium Boga, bo było to serce naprawdę skruszone. Tylko bowiem z serca skruszonego Jezus może uczynić swoją prawdziwą świątynię.[6]
TEKSTY DO LEKTURY
Duchowość komunii
Czynić Kościół domem i szkołą komunii: oto wielkie wyzwanie, jakie czeka nas w rozpoczynającym się tysiącleciu, jeśli chcemy pozostać wierni Bożemu zamysłowi, a jednocześnie odpowiedzieć na najgłębsze oczekiwania świata.
Co to oznacza w praktyce?
Należy krzewić duchowość komunii, podkreślając jej znaczenie jako zasady wychowawczej wszędzie tam, gdzie kształtuje się człowiek i chrześcijanin, gdzie formują się szafarze ołtarza, duszpasterze i osoby konsekrowane, gdzie powstają rodziny i wspólnoty.
Duchowość komunii to przede wszystkim spojrzenie utkwione w tajemnicy Trójcy Świętej, która zamieszkuje w nas i której blask należy dostrzegać także w obliczach braci żyjących wokół nas.
Duchowość komunii to także zdolność odczuwania więzi z bratem w wierze dzięki głębokiej jedności mistycznego Ciała, a zatem postrzegania go jako «kogoś bliskiego», co pozwala dzielić jego radości i cierpienia, odgadywać jego pragnienia i zaspokajać jego potrzeby, ofiarować mu prawdziwą i głęboką przyjaźń.
Duchowość komunii to także zdolność dostrzegania w drugim człowieku przede wszystkim tego, co jest w nim pozytywne, a co należy przyjąć i cenić jako dar Boży: dar nie tylko dla brata, który bezpośrednio go otrzymał, ale także «dar dla mnie».
Duchowość komunii to wreszcie umiejętność «czynienia miejsca» bratu, wzajemnego «noszenia brzemion» (por. Ga 6,2) i odrzucania pokus egoizmu, które nieustannie nam zagrażają, rodząc rywalizację, bezwzględne dążenie do kariery, nieufność, zazdrość. Nie łudźmy się: bez takiej postawy duchowej na niewiele zdałyby się zewnętrzne narzędzia komunii. Stałyby się bezdusznymi mechanizmami, raczej pozorami komunii niż sposobami jej wyrażania i rozwijania.[7]
Dar komunii
Kościół - wspólnota zgromadzona przez Syna Bożego, który stał się człowiekiem - dzięki posłudze apostolskiej żyć będzie w zmieniających się epokach, tworząc i umacniając komunię w Chrystusie i w Duchu Świętym, do której wszyscy są wezwani i w której mogą dostąpić zbawienia danego przez Ojca. Dwunastu - jak mówi pod koniec I w. papież Klemens, trzeci następca Piotra - zatroszczyło się w istocie o ustanowienie swych następców, tak by powierzone im posłannictwo było kontynuowane po ich śmierci. I tak Kościół, mający organiczną strukturę, prowadzony przez prawowitych pasterzy, istniał przez wieki i nadal istnieje w świecie jako tajemnica komunii, w której w jakiejś mierze odzwierciedla się komunia trynitarna, tajemnica samego Boga.
Już apostoł Paweł nawiązuje do tego najwyższego źródła trynitarnego, gdy życzy swoim chrześcijanom: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi!” (2 Kor 13,13). Te słowa, stanowiące prawdopodobnie echo kultu rodzącego się Kościoła, ukazują jasno, w jaki sposób bezinteresowny dar miłości Ojca w Jezusie Chrystusie urzeczywistnia się i wyraża w komunii dokonującej się za sprawą Ducha Świętego. Ta interpretacja, opierająca się na ścisłym paralelizmie, występującym w tekście między trzema dopełniaczami („łaska Pana Jezusa Chrystusa... miłość Boga... i dar jedności w Duchu Świętym”), ukazuje „komunię” jako szczególny dar Ducha, owoc miłości darowanej przez Boga Ojca oraz łaski ofiarowanej przez Pana Jezusa.
Zresztą bezpośredni kontekst, w którym kładzie się nacisk na braterską komunię, pozwala dostrzegać w koinoníi Ducha Świętego nie tylko „uczestnictwo” w życiu Bożym odrębnie każdego poszczególnego człowieka, ale również, co logiczne, „komunię” wierzących, której źródłem i głównym sprawcą jest Duch Święty. Można by powiedzieć, że łaska, miłość i jedność, odniesione odpowiednio do Chrystusa, Ojca i Ducha, stanowią różne aspekty jedynego Bożego działania dla naszego zbawienia, dzieła tworzącego Kościół i czyniącego z Kościoła - jak mówi św. Cyprian w III w. - „lud zjednoczony jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.
Idea komunii jako uczestnictwa w życiu trynitarnym jest w sposób szczególnie głęboki przedstawiona w Ewangelii św. Jana, gdzie komunia miłości, łącząca Syna z Ojcem i z ludźmi, jest jednocześnie wzorem i źródłem braterskiej komunii, która powinna wzajemnie jednoczyć uczniów: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 15,12). „Aby wszyscy stanowili jedno, (...) tak jak My jedno stanowimy” (J 17,21.22). A więc komunia ludzi z Bogiem Trynitarnym oraz komunia ludzi między sobą. Już podczas ziemskiego pielgrzymowania uczeń dzięki komunii z Synem może uczestniczyć w Boskim życiu Jego oraz Ojca: „mieć z nami współuczestnictwo, znaczy: mieć je z Ojcem i z Jego Synem, Jezusem Chrystusem” (1 J 1,3). To życie w komunii z Bogiem i nasze życie w komunii jest właściwym celem głoszenia Ewangelii, jest celem nawrócenia na chrześcijaństwo: „cośmy ujrzeli i usłyszeli, oznajmiamy także wam, abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami” (1 J 1,3). A więc ta podwójna komunia - z Bogiem i między nami, jest nierozdzielna. Gdzie niszczy się komunię z Bogiem, będącą komunią z Ojcem, z Synem i z Duchem Świętym, niszczy się również korzenie i źródło komunii między nami. A gdy my nie żyjemy w komunii, nie ma również żywej i prawdziwej komunii z Bogiem Trynitarnym, jak już słyszeliśmy.
Teraz pójdźmy dalej. Komunia - owoc Ducha Świętego - karmi się Chlebem eucharystycznym i znajduje wyraz w braterskich więziach, w pewnego rodzaju antycypacji przyszłego świata. W Eucharystii Jezus nas karmi, jednoczy ze sobą, z Ojcem, z Duchem Świętym i między nami, a ta sieć jedności, ogarniająca cały świat, jest antycypacją w naszych czasach świata przyszłego. Właśnie dlatego, ż jest antycypacją przyszłego świata, komunia jest darem mającym także bardzo realne konsekwencje: pozwala nam wyjść z naszej samotności, z zamknięcia się w sobie, i daje nam udział w miłości łączącej nas z Bogiem i między sobą. Łatwo zrozumieć, jak wielki jest to dar, wystarczy pomyśleć o podziałach i konfliktach ciążących na relacjach między poszczególnymi ludźmi, grupami i całymi narodami. A jeśli nie ma daru jedności w Duchu Świętym, podział ludzkości jest nieunikniony. „Komunia” jest prawdziwie Dobrą Nowiną, ofiarowanym nam przez Pana środkiem zaradczym na zagrażającą dziś wszystkim samotność; jest cennym darem, dającym nam poczucie, że jesteśmy przyjęci i umiłowani w Bogu, w jedności Jego ludu zgromadzonego w imię Trójcy Świętej. Jest światłem pozwalającym jaśnieć Kościołowi jako znak wzniesiony pośród narodów: „Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, to mamy jedni z drugimi współuczestnictwo” (1 J 1,6-7). W ten sposób Kościół, pomimo wszystkich ludzkich słabości składających się na jego historyczny wizerunek, jawi się jako wspaniałe dzieło miłości aż do skończenia czasów, przybliżające Chrystusa każdemu człowiekowi, który pragnie się z Nim naprawdę spotkać. W Kościele Pan jest nam zawsze współczesny. Pismo Święte nie należy do przeszłości. Pan nie przemawia w przeszłości, ale w chwili obecnej. Rozmawia z nami dzisiaj, daje nam światło, ukazuje drogę życia, ofiaruje komunię i w ten sposób przygotowuje nas i otwiera na pokój.[8]
[1] Por. Jan Paweł II, Homilie na niedziele i święta, red. ks. P. Ptasznik, Kraków 2007, s.619.
[2] Por. Zawierzyć się Opatrzności Bożej, Warszawa 2000, s.197n.
[3] Benedykt XVI, Anioł Pański, 31 X 2010 r.
[4]Por. Jan Paweł II, Homilia, Ełk, 8 VI 1999 r.
[5] Por. Jan Paweł II, Homilie na niedziele i święta, red. ks. P. Ptasznik, Kraków 2007, s.620.
[6] Por. ks. T. Dajczer, Rozważania o wierze, Częstochowa 1992, s.79n.
[7]Jan Paweł II, list apostolski Novo Millennio Ineunte, 43.
[8] Benedykt XVI, audiencja generalna, 29 III 2006, w: L’Osservatore Romano, nr 8 [285] 2006, s.35n.
Kontakt
twierdza@modlin.hg.pl