artykuły
15.03.2011
Ks. Stefan Czermiński - „W KOMUNII Z BOGIEM”
Konferencja na Dniu Skupienia dla Animatorów RRN na Jasnej Górze – 27.11.2010.
Skąd się wziął ten temat, i dlaczego taki?
To proste. Jest to temat roku liturgicznego, a my, posłuszni Kościołowi, powinniśmy u progu nowego roku liturgicznego wziąć taki temat.
KTO ZA TYM STOI?
Ale dlaczego księża biskupi wybrali taki temat? Może patrząc na sytuację Polski, doszli do wniosku, że trzeba popracować nad naszą jednością z Bogiem i z ludźmi. To jest odpowiedź może i słuszna, ale dość zewnętrzna. Duchowa odpowiedź na ten temat jest inna i całkiem prosta: Bóg tego chce. Bóg chce komunii z tobą, Bóg chce przystąpić do komunii świętej z tobą.
Mała dygresja: Jest takie powiedzenie, które wymyślił Makuszyński, a które dotyczy dzieci: „Dzieci jak są małe, to tak są słodkie, że chciałoby się je zjeść, a gdy podrosną, to żałuje się, że się tego nie zrobiło.”
Chciałbym to powiedzenie tutaj nieco przetworzyć: Dla Boga, Twego Stwórcy i Ojca jesteś rzeczywiście słodki, a twoją słodyczą jest Jego Miłość, która widzi ciebie, jako najukochańsze dziecko i przyszłego wielkiego świętego. Bóg chciałby cię „zjeść”, czyli ogarnąć swoimi ramionami i zjednoczyć się z tobą na zawsze; dlatego można to tak ująć, że On chciałby „przyjąć cię w świętej komunii”.
JESTEŚ NAMIERZONY
Nasza sytuacja jest jednak trudna, bo wydaje się, że nasze zupełnie inaczej myślimy o Bogu; szukamy podświadomie Boga dalekiego, Boga, który jest na pewno zajęty ważniejszymi sprawami. Przede wszystkim jest zajęty Niebem; ma tam tylu wspaniałych archaniołów, przepięknych, naprawdę, można patrzeć i patrzeć; i jest takie duże grono wielkich świętych; może Bóg ma na głowie beatyfikację Jana Pawła II, albo kolejny Synod Biskupów; może zajmuje się mistykami, żyjącymi gdzieś w ukryciu, w świecie; albo wojnami, kataklizmami, zbrodniami. Owszem, na pewno Bóg i tym się interesuje.
Trzeba jednak stwierdzić zdecydowanie: Bóg interesuje się Jankiem Kowalskim, który mieszka w bloku na trzecim piętrze, i ma kłopoty z alkoholem. Bóg interesuje się Brygidą Kopeć, która bardzo lubi seriale, a zwłaszcza „M jak Miłość”. Bóg interesuje się tobą, który przyjechałeś na dzień skupienia. Bóg strasznie chce się z tobą zjednoczyć.
To właśnie dla ciebie Bóg wymyślił tak niesamowity plan, – plan wcielenia w rodzaj ludzki, w ludzką rasę (- na Śląsku słowo „rasa” brzmi swoiście, raczej negatywnie, coś w rodzaju zbieraniny czy bandy; gdy się jedzie zatłoczonym tramwajem lub autobusem i ludzie się przepychają, przeklinają, źle zachowują, to Ślązak powie: „- ale rasa!”). Bóg nie wyłonił spośród nas jakiejś elity, do której chciałby przyjść. Bóg wybrał wszystkich – dobrych i złych.
Postanowił wcielić się w naszą, ludzką rasę, bo chodziło o właśnie o Ciebie. Chodziło o zbliżenie się do ciebie w sposób zdecydowany, ale zarazem ukryty i delikatny, abyś nie utracił swojej wolności, abyś się nie spłoszył, abyś nie przestał myśleć i świadomie wybierać.
EKSPLOZJA!
Może nie do końca jesteśmy tego świadomi, jak zwrotny był moment Wcielenia w historii świata. To było właściwie nowe stworzenie świata. Trafny jest tu obraz zaczynu, który wykorzystuje Pan Jezus w swoich przypowieściach: kobieta wkłada zaczyn w ciasto, które powoli zmienia swój charakter; staje się jakby „żywe”. Jezus mówi o zaczynie, myśląc o sobie. Nikt nie wiedział, co się wtedy stało w Nazarecie. Zaczęło się tam coś nieprawdopodobnego! Powolutku też „rosło napięcie”, bo Jezus „promieniował”. Słowa „napięcie” i „promieniowanie” używam w przenośni. Natężenie promieniowania wyraźnie wzrosło, gdy Jezus rozpoczął swą działalność publiczną. Aż doszło do wybuchu! Doszło do eksplozji - w momencie śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Cała przyroda zatrzęsła się wtedy, tak jak zresztą śpiewamy w pieśni ”Wysławiajmy Chrysta Pana”: „ - skały trzasły, ziemia drżała, zasłona się święta rwała” (2 zwr.). To były jakieś konwulsje, jakby opór; to były „męki porodu” nowego świata. Zresztą pierwsza zwrotka mówi o tym bólu: „ - z Nim bolały słońce, miesiąc i stworzenia z Stwórcą cierpiąc...” Nawet umarli wstawali z grobów, bo na chwilę „zawiesiły się” (jak mówią komputerowcy) prawa przyrody.
ŚWIAT ZACZĄŁ MÓWIĆ
Nastało coś nowego, ale co? Mówiąc krótko: – przeniknęła wszystko Miłość! Boska Miłość przeniknęła wszystko do końca: – i czas, i przestrzeń; i historię, i geografię. Pięknie o tym mówi, w kontekście sakramentu chrztu, Ks. Tadeusz Dajczer w książce „Rozważania o wierze”: „Przez chrzest w naturę ludzką zostaje wszczepiony jakby nowy, nadprzyrodzony organizm. W dotychczasowe życie wszczepione zostaje życie nowe. Gdyby jakiemuś uczonemu udało się dokonać przeszczepu życia zwierzęcego w coś, co przedtem miało tylko życie wegetatywne, np. w jakąś roślinę, świat przyjąłby to z najwyższym zdumieniem. Obserwujący takie doświadczenie doznaliby szoku, widząc jak roślina zaczyna widzieć, słyszeć, odczuwać, reagować na głos. Nazwano by to z pewnością największym cudem ludzkiego geniuszu. Tymczasem to wszczepienie, jakie dokonuje się przez sakrament chrztu, przewyższa w sposób niewyobrażalnie wielki takie fikcyjne wszczepienie nowego rodzaju życia.” (T. Dajczer, „Rozważania o wierze”, Edycja Paulińska str. 141). To prawda, że z nami, w chrzcie świętym, dzieje się coś nieprawdopodobnego, kiedy zostaje wszczepione w nas życie Boga. Lecz wcześniej - dwa tysiące lat temu - to życie zostało wszczepione w nasz świat.
I co z tego szczepu wynikło? Wynikła bardzo ważna sprawa; a mianowicie to, że wszystko stało się znakiem Boga. Od tego momentu świat już nie jest taki, jakim był przedtem. Wszystko, nawet ten pulpit, o który się opieram, jest znakiem Boga. To Bóg podtrzymuje moje kartki i książki; to Bóg trzyma nas, i nasze krzesła, na których siedzimy, żebyśmy mogli spokojnie słuchać. Ta podłoga mówi nam o Bogu, ta sala jest dla nas wybudowana (oczywiście nie tylko dla nas)... Zresztą, także nas przyjazd; i to, że spotkaliśmy tu tylu przyjaciół; wszyscy bowiem jesteśmy dla siebie znakiem przenikającego nas swą obecnością i mocą – Boga.
WSZYSTKO JEST ŁASKĄ
Każdy z nas jest również znakiem Boga dla samego siebie. Np. - bardzo sympatycznym znakiem dla mnie jest bicie mojego własnego serca. Spróbujmy uchwycić dotknięciem swój puls. Nie wiem, czy potraficie znaleźć swój puls... Czy wyczuwasz pulsowanie swojego serca? Człowiek wierzący, gdy wsłuchuje się w swój puls, to wyraźnie słyszy niezwykle ciche, niestrudzone i rytmicznie powtarzane wyznanie samego Boga: Kocham-cię! Kocham-cię! Kocham-cię! Kocham-cię! Bóg po prostu daje nam życie, chwila po chwili, puls po pulsie; daje każde uderzenie serca, bo chce żebyś był! Bo twoje życie jest święte. Bo On jest przy tobie, i pragnie cię prowadzić ku Sobie, ku Niebu.
W takiej perspektywie wszystko zaczyna być w pewnym sensie święte, pełne łaski, nawet trudne sytuacje. Niedawno uczestniczyłem w pogrzebie ojca mojego kolegi, kapłana i redaktora „Gościa Niedzielnego”, ks. Tomasza Jaklewicza. Jego ojciec umarł w wieku bodajże 92 lat. Wyobraźcie sobie, że pobrał się ze swoją żoną mając już 47 lat. Przy końcu Mszy, w czasie ceremonii pożegnania, ks. Tomasz podzielił się paroma bardzo osobistymi uwagami. Patrząc na trumnę, mówił: „Mój ojciec z mamą żył jeszcze 41 lat. Mama była 20 lat młodsza. Tato, dziękuję ci, żeś tak długo się wahał, i tak długo na nią czekałeś. Dobrze trafiłeś, dobrze wybrałeś! Dziękuję Ci za moją mamę!.” Patrzyłem zdumiony na radość, którą miał w oczach.
Takie spojrzenie mają tylko ludzie wiary; ludzie niewierzący tego nie widzą. Wierzą w przypadki, wierzą w jakieś „pechy”, nieszczęścia. Nie wiedzą o tym, że nie ma nieszczęść; nie może być nieszczęść, skoro Bóg jest z nami!
PIĘKNO DIAMENTU
Oczywiście, nie chodzi tu o panteizm; nie chodzi o to, że wszystko jest Bogiem. Chodzi natomiast o Jego Obecność, o Jego przenikanie wszystkiego. Znamy taki obraz z zeszytów Ruchu Rodzin Nazaretańskich, gdzie jest mowa o szklanej tafli. Promień przenika szybę. Szyba jednak nie przestaje być szybą. Jednak, gdy ją przeniknie, to szyba wypełnia się blaskiem. Wtedy dopiero nabiera ostatecznego sensu. Zaczyna być tym, czym miała być od początku. Podobnie jest z oszlifowanym diamentem. Gdy dotknie go promień światła, wtedy odkrywamy, jaki jest piękny! Gdy światło zgaśnie, można diamentu nawet nie zauważyć.
Tu jednak jawi się poważny problem. Tym problemem jest twoje serce. Tak, Bóg je przenika, ale Jezus chciałby być tam zaproszony i przyjęty. Chciałby być twoim gościem, a nie intruzem. Pragnie komunii, a nie sąsiedztwa. Pragnie porozumienia i dzielenia się sobą, a nie tylko chłodnej i obojętnej obserwacji. Oto w pewnym sensie istota zła: zamknięte serce. Takie serce prędzej, czy później, ukrzyżuje Jezusa. Tak było 2000 tysiące lat temu, tak się stało niedawno na Krakowskim Przedmieściu niedawno. Po prostu: jeśli serca są zamknięte, to już zaczyna się powolne krzyżowanie Chrystusa. Cichy początek egzekucji.
TRAGEDIA NIEDOWIERZANIA
Posłuchajmy, co mówi Pan Jezus do siostry Faustyny w punkcie 379:„Boleje Serce moje nad tym, że nawet dusze wybrane nie rozumieją, jak wielkie jest moje miłosierdzie; obcowanie ich jest w pewien sposób niedowierzaniem. O, jak to bardzo rani Serce moje. Wspomnijcie na mękę moją, i jeżeli nie wierzycie słowom moim, wierzcie przynajmniej ranom moim.”
Chciałbym tutaj podkreślić słowo: „niedowierzanie”. Na pewno spotkaliśmy osobę, która nam niedowierzała. To boli. Ale w sytuacji Boga, gdy się jest Nieskończoną Miłością, to bardzo boli, to po prostu rani. I oczywiście, najbardziej ranią Jezusa dusze wybrane. Nie żołnierze, nie faryzeusze stojący pod krzyżem, ale najbliżsi uczniowie. Przyjaciele, których nie było krzyżem, którzy zostawili Jezusa samego w chwili Jego agonii.
Jezus wykrwawia się, umiera na krzyżu, ale nie zrywa z nami. Nie odchodzi. Dalej promieniuje. Przenika swoją Boską Miłością wszystko, nawet tego żołnierza, który go przybija. To przecież miłość Jezusa pozwala żołnierzowi mocno trzymać młotek w dłoni i z zamachem wbijać gwóźdź w dłoń Chrystusa. To miłość Jezusa napełnia wszystko mocą i sensem, nawet, jeśli to wydaje się w tym momencie okropne. W rzeczywistości ma to sens pozytywny! „Zaprawdę, Ten był Synem Bożym!” - krzyknie setnik, a za nim żołnierze, jak notuje Ewangelista, św. Marek. Właśnie o to chodziło. To był ów pozytywny sens wbijania przerażających gwoździ. Otwarcie się na łaskę wiary przez setnika i żołnierzy. Ich ocalenie. „Istotnie, Ten był Synem Bożym!”.
UCZTA W DOMU OJCA
Jeszcze w wieczerniku Pan Jezus powie: „Wy trwajcie we Mnie, a Ja w was trwał będę”. Czyż nie jest to wyznanie pragnienia komunii? „Ja jestem krzewem...”, „Ja jestem bramą owiec...”, „Ja jestem chlebem...”. To wszystko świadczy o pragnieniu zjednoczenia.
Jezus pragnie podzielić się z nami czymś, co przekracza największe marzenia: - swoim zjednoczeniem z Ojcem i Duchem Świętym, rzeczywistością Miłości Trójcy Świętej. Jezus chce uczynić Cię członkiem swojej Boskiej Rodziny. Chce Cię posadzić przy stole, obok Ojca i Ducha Świętego, chce rozmawiać z Tobą, patrzeć na Ciebie, słuchać Ciebie, cieszyć się Tobą! Syn Boży pragnie opowiedzieć Ci o sobie, wyjawić Ci swoje tajemnice. To właśnie jest definicja nieba.
Kiedyś spędziłem parę dni w pewnym domu rekolekcyjnym w Hiszpanii, w Pirenejach. Przepiękne tereny. Klasztor, usytuowany na szczycie góry, jest zarazem sanktuarium maryjnym – „Notre Damme de Lord”, czyli „Matki Pana”. Za ołtarzem są schodki, którymi można dotrzeć aż do stóp figury Czarnej Madonny. Kiedy stoimy tak blisko, doznajemy zdumienia i zaskoczenia. Widzimy bowiem figurę, gdzie Dzieciątko wpatrzone jest w Maryję, a Maryja wpatrzona jest w Dzieciątko. Krzyżujące się ze sobą miłosne spojrzenia. Człowiek czuje się tym trochę zażenowany, że jest jakby świadkiem bardzo osobistej sceny z życia Maryi i Jezusa. Podobnej relacji pragnie z nami Jezus.
Ale Jezus nie chce czekać. Jezus chciałby spełnienia się naszej KOMUNII już teraz, tu, na ziemi. I dlatego puka, bo pragnie wejść do Twej duszy i przez Ciebie działać.
BYĆ KANAŁEM MIŁOŚCI
Oto świetny przykład działania Bożej miłości, który zaczerpnąłem z przepięknej książki Jana Grzegorczyka „Dziurawy kajak”. Opowiada on historię pewnej siostry z Ugandy, która pracowała w szpitalu i przeżyła straszliwy dramat.
„Banda złodziei bydła z sąsiedniego plemienia napadła na jej rodzinę. Widziała, jak zasiekli maczetami ojca, a potem włóczniami zakłuli jej czterech braci. Matka uciekła do buszu, gdzie postradała zmysły, cofnęła się do okresu wczesnego macierzyństwa i całymi dniami karmiła swych wyimaginowanych synów. Dwa lata po tym straszliwym morderstwie siostra przechodząc przez salę szpitalną, na jednym z łóżek zobaczyła przywódcę bandy, która wymordował jej rodzinę. Teraz on umierał od ran kłutych zadanych mu przez innych złodziei bydła. Przez sześć dni siostra przechodziła obok niego, nie mogąc zdobyć się na nic więcej oprócz nienawiści. Odczuwała nawet rodzaj sadystycznej przyjemności. Pewnego razu człowiek ten ją rozpoznał. Odtąd, gdy przechodziła koło niego, ten człowiek usiłował coś powiedzieć. Wydawał on jedynie nieartykułowane dźwięki, jako, że miał przebitą szyję. Wiedziała czego chce, lecz wybaczenie było ostatnią rzeczą, jaką mogła mu wtedy dać. Którejś nocy zaczęły ją jednak dręczyć wyrzuty sumienia. Zdała sobie sprawę, że żyje w kłamstwie, przebrana za uczennicę Jezusa, którego życia i przykładu nie potrafiła naśladować. Modliła się o siły do wybaczenia temu człowiekowi, ale wydawało się to beznadziejne. Przebaczenie było granicą, której nie potrafiła przekroczyć. Na drugi dzień znalazłszy się w sali szpitalnej poczuła, że musi coś zrobić. „Z pewnością nie potrafię go pokochać, ani mu wybaczyć, ale muszę coś zrobić, na co mnie stać. Moje serce jest jak ciężkie kamień, nie mogę go poruszyć, ale mogę poruszyć ręką.” Podeszła i stanęła przy jego łóżku. Mechanicznie położyła rękę na jego dłoni. W tym momencie w jej wnętrzu stało się coś dziwnego. Poczuła, jak jej serce z kamienia mięknie. Nagle doświadczyła głębokiej miłości, która zalewała ją od środka i wypływała ku temu umierającemu człowiekowi. Wtedy, zanim zdała sobie sprawę z tego co robi, pochyliła się i pocałowała go w czoło. Był to pocałunek autentycznej chrześcijańskiej miłości. Sądziła, że jest do niej zupełnie niezdolna. Powiedziała później, że nie ma złudzeń wobec tego, co się stało. Nie kochała tego człowieka, nie wybaczała mu, przez nią działał Ktoś Inny, ktoś, kto dał jej ten dar, którego tak rozpaczliwie pragnęła.” (str. 350)
To drugi powód, dla którego Pan Jezus chce się z nami zjednoczyć. Pierwszym - jest Jego chęć bycia w nas, a drugim – chęć działania przez nas, aby ratować świat.
WIARA BENEDYKTA
Wszystko, co dotąd mówiłem, nawiązuje do treści adhortacji Benedykta XVI„Verbum Domini”. Encyklika, gdy się jej bliżej przyjrzeć, to mimo całej swojej naukowości, jest właściwie świadectwem Benedykt XVI-go. Dzieli się on miłością swojego życia. Jego miłością jest Słowo Boże. Dzieli się też swoją wiarą, która wydaje się być jak wiara dziecka. On naprawdę wszędzie widzi Chrystusa. Podsumowując Synod Biskupów o Słowie Bożym, papież nie może się powstrzymać, aby tego ciągle nie podkreślać. Już we wstępie mówi tak: „Ten Synod był głębokim doświadczeniem spotkania z Chrystusem, Słowem Ojca, które jest tam, gdzie są dwaj, lub trzej, zebrani w Imię Moje”. Nieco później, znów przyznaje się do tego, co kryje się w jego sercu: „... jak piękne i fascynujące było ponowne spotkanie z Panem Jezusem w czasie spotkania synodalnego.” Benedykt XVI patrzył na biskupów, którzy przyjechali z całego świata do Rzymu, i widział w nich obecnego Chrystusa. To go cieszyło najbardziej. Posłuchajmy: „... Zgromadzenie Synodalne było dla Kościoła i świata świadectwem o tym, jak piękne jest spotkanie ze Słowem Bożym w komunii kościelnej. Uczestniczenie bowiem w życiu Boga, w Trójcy Miłości daje pełną radość.” I jeszcze jeden cytat, który świadczy, że wyczuwał obecność Chrystusa także reprezentantach innych kościołów i religii:„Ze wzruszeniem słuchaliśmy bratnich delegatów, którzy przyjęli zaproszenie do spotkania w synodalnym spotkaniu. Mam na myśli zwłaszcza medytacje Jego Świątobliwości Bartłomieja I, Ekumenicznego Patriarchy Konstantynopola, za którą ojcowie synodalni byli głęboko wdzięczni. (...) Ponadto po raz pierwszy Synod zaprosił również rabina, który dał nam świadectwo o świętych pismach żydowskich, które są także częścią naszych świętych pism.”
Dziecięca wiara jest dla Benedykta XVI źródłem otwarcia na świat i na historię. To w duchu wiary swobodnie zagląda w tak odległe czasy Ewangelii. Posłuchajmy co mówi o św. Janie Apostole: „Niech ten, który ujrzał i uwierzył, również nam pomoże oprzeć głowę na piersi Chrystusa, z której wypłynęły krew i woda, symbole sakramentów Kościoła.” Czy wyczuwamy, jakie jest jego myślenie? Św. Jan Ewangelista jest dla niego żywym człowiekiem, jest jego przyjacielem. I kiedy papież czyta jego Ewangelię, to przypomina sobie moment, gdy Jan podczas Ostatniej Wieczerzy przytulony do Chrystusa, wsłuchiwał się w bicie Jego serca.
Oto właściwy klimat do czytania Słowa Bożego. Klimat Komunii z Bogiem. Dlatego Encyklikę trzeba czytać powoli. Raczej ją wolno wchłaniać, aby - przy tej okazji - wewnętrznie rozmawiać z Benedyktem, i „zarażać się” jego dziecięcą wiarą i prostotą. ( Z tą samą intencją warto sięgnąć po najnowszą książkę Benedykta XVI, „Światłość świata”, która ma się właśnie teraz ukazać!)
SPUSZCZENIE ZE SMYCZY
W książce ks.Tadeusza Dajczera - „Rozważania o wierze” znajdujemy przepiękny fragment o wielkim apostole ludzi młodych, który nie był kapłanem, lecz świeckim. Chodzi o Francuza, Guy de Larigaudie. Ci dwaj ludzie, papież i francuski apostoł, są do siebie podobni. Guy de Larigaudie, w swoich pamiętnikach notuje: „Tak bardzo przyzwyczaiłem się do obecności Boga w sobie, że w głębi serca zawsze mam modlitwę, która dochodzi niemal do warg.” Mała dygresja: Myślę, że ten charyzmat posiada wielu spośród nas. Idziemy sobie ulicą i rozmawiamy z Bogiem. Guy de Larigaudie mówi dalej tak: „Ta zaledwie świadoma modlitwa nie ustaje nawet w półśnie, któremu towarzyszy kołysanie pociągu czy pomruk okrętowej śruby, nawet w uniesieniu ciała czy duszy, nawet w gorączce miasta czy napięciu uwagi w czasie pochłaniającego zajęcia. Gdzieś w głębi mnie jest toń nieskończenie spokojna i czysta i nie mogą jej dotknąć ani cienie, ani wiry powierzchni. (...) Całe moje życie było jednym długim poszukiwaniem Boga. Wszędzie i o każdej godzinie, na każdym miejscu świata tropiłem Jego ślady.” Autor tych słów rozumiał, czym jest świat po Tajemnicy Wcielenia i Zmartwychwstania. Dlatego ostatnie zdanie świadectwa brzmi jak wystrzał. „Śmierć będzie dla mnie tylko cudownym spuszczeniem ze smyczy" (T. Dajczer Rozważania o wierze, Edycja Paulińska, str. 193).
To prawda. W momencie śmierci dostaniemy skrzydeł! Nabierzemy blasku. Zrozumiemy, kim naprawdę jesteśmy. Zobaczymy wtedy, jacy jesteśmy piękni, jak wspaniale nas Pan Bóg wymyślił. To oczywiście nie wyklucza przejścia przez czyściec, ponieważ czyściec jest już poza czasem.
ZOSTAW ZŁUDZENIA
Co zrobić, żeby pogłębiać swoją Komunię z Bogiem?
Sięgnijmy do słów Jana Pawła II, który w Elblągu 6 czerwca 1999 roku bardzo mocno akcentował potrzebę poczucia grzeszności .To prawda. Człowiek, który zbliża się do Boga, coraz bardziej poznaje swoją nędzę, jak wielokrotnie potwierdzała to siostra Faustyna. Widzi nawet i to, że czasem wręcz gardzi Bogiem (św. Augustyn). Co więc mówi Jan Paweł II? -„Trzeba, byśmy sobie ciągle uświadamiali to wielkie zło, zdobywali subtelną wrażliwość i wyraźne poznanie ukrytego w grzechu zarzewia śmierci. Grzech jest tym wielkim złem. My to musimy sobie ciągle uświadamiać. To rzeczywiście jest dramat. Chodzi tu o to, co zwykło nazywać się poczuciem grzechu. Ma ono swoje źródło w świadomości moralnej człowieka związanej z uznaniem Boga , poczuciem łączności ze Stwórcą, Panem i Ojcem. Im głębsza będzie nasza świadomość łączności z Bogiem, którą umacnia życie sakramentalne i szczera modlitwa, tym bardziej wyraziste będzie poczucie grzechu. Rzeczywistość Boga odsłania i rozjaśnia tajemnicę człowieka. Czyńmy wszystko, aby uwrażliwić nasze sumienia i strzec ich przed wypaczeniem czy też znieczuleniem.”
To są słowa Jana Pawła II. Dlatego nie dajmy się zwieść, gdy ktoś mówi, że treści Ruchu są zbyt negatywne. To, iż jesteśmy wobec Boga wielkimi nędzarzami i żebrakami, to nie odkrycie Ruchu, lecz prawda akcentowana od początku chrześcijaństwa, w tekstach największych świętych i mistyków, ze św. Faustyną na czele. Oczywiście, odkrywać swą nędzę można tylko w kontekście Bożego Miłosierdzia, dziękując za nie. Trzeba po prostu być świadomym, że nasza słabość ma sens tylko dzięki Bożemu Miłosierdziu.
KROPLA WODY W OCEANIE
Pozwolę sobie przeczytać jeszcze jeden fragment z Dzienniczka (411). Nie taki krótki, ale posłuchajcie, bo to jest nasza droga:
„Często w czasie Mszy widzę Pana w duszy, czuję Jego obecność, która mnie na wskroś przenika. Odczuwam Jego Boskie spojrzenie, rozmawiam z Nim wiele bez słowa mówienia, wiem czego pragnie Jego Boskie Serce, i zawsze pełnię to, co Jemu się lepiej podoba. Kocham do szaleństwa i czuję, że jestem kochana przez Boga. W tych chwilach, kiedy się spotykam w głębi wnętrzności z Bogiem, czuję się tak szczęśliwa, że nie umiem tego wypowiedzieć. Są to chwile krótkie, bo dusza nie zniosłaby ich dłużej, musiałoby nastąpić rozłączenie od ciała. Chociaż chwile te są bardzo krótkie, jednak ich moc, która się udziela duszy, pozostaje na bardzo długo. Bez najmniejszego wysiłku czuję głębokie skupienie, które mnie wówczas ogarnęło; nie zmniejsza się, chociaż rozmawiam z ludźmi, ani nie przeszkadza mi do spełniania obowiązków. Czuję stałą obecność Jego bez żadnego wysilenia duszy, czuję, że jestem złączona z Bogiem tak ściśle, jak się łączy kropla wody z bezdennym oceanem. W ten czwartek uczułam łaskę tę pod koniec pacierzy, która trwała wyjątkowo długo, bo przez całą mszę św., ale myślałam, że skonam z radości. W tych chwilach poznaje lepiej Boga i Jego przymioty, i także lepiej poznaję siebie i nędzę swoją, zadziwia mnie wielkie uniżenie Boga do tak nędznej duszy, jak moja. Po mszy św. czułam się cała pogrążona w Bogu i przytomne mi było każde spojrzenie Jego w głąb serca mojego.”
Rzeczywiście, jesteśmy na szlaku Faustyny, ale daleko nam do niej. Przed nami jeszcze długa droga. Pełna zmagań, a może i szamotania się. Nie łatwo zaakceptować swą słabość. To jest nasza ciemność.
MATKA SŁUCHA I PRZYTULA DO SERCA
Podążając w kierunku Komunii z Bogiem idziemy w ciemności, ale ze światełkiem wiary. Tę wiarę trzeba podsycać. Trzeba wytężać słuch i wyciągać w ciemności ręce, ponieważ Bóg chciałby do ciebie mówić i pragnie cię przytulić. Słowo i Dotyk. Głowa i Serce. Biblia i Eucharystia.
Fantastycznie wpisał się w tę dwoistość setnik, który powiedział: „– Panie nie jestem godzien abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko Słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Idealnie wypełniła ową Komunię Matka Najświętsza, w której Słowo stało się Ciałem. Ona słuchała Jezusa i tuliła Go do serca. Najbardziej wsłuchiwała się w Niego i tuliła Go do swego serca na Golgocie. I tam właśnie stała się Matką Życia. Matką nas wszystkich. Od tamtej pory - Ona modli się o łaskę Komunii z Bogiem dla ciebie. Jej modlitwa jest dla Ciebie tym skuteczniejsza, im bardziej czujesz się Jej dzieckiem.
PROSTA MODLITWA PAPIEŻA
Chciałbym zakończyć tę konferencję fragmentami modlitwy, którą ułożył dokładnie na dzisiaj - Benedykt XVI. Dzisiejsza sobota, która jest wigilią pierwszej niedzieli adwentu, ma stać się, na jego prośbę, czuwaniem w intencji ochrony życia.
Benedykt XVI nie jest poetą, jak Jan Paweł II, ale jego konkretność i prostota jest pełna poezji. Spostrzegłem także, iż modlitwa ta jest jakby skrótem powyższej konferencji. Posłuchajmy:
„Panie Jezu,
który wiernie nawiedzasz i wypełniasz Twoją obecnością Kościół i historię ludzi,
który w godnym podziwu Sakramencie Twojego Ciała i Twojej Krwi
czynisz nas uczestnikami życia Bożego
i dajesz nam przedsmak radości życia wiecznego,
uwielbiamy Cię i błogosławimy.
W pokornym uniżeniu przed Tobą,
Źródło i Miłośniku życia,
prawdziwie obecny i żywy pośród nas, błagamy Cię:
Ożyw w nas szacunek dla każdego rodzącego się ludzkiego życia,
uzdolnij nas do dostrzegania wspaniałego dzieła Stwórcy w owocu matczynego łona,
przygotuj nasze serca do hojnego przyjęcia każdego dziecka, które sposobi się do życia. (...)
Ucz wszystkich opieki nad sierotami i dziećmi opuszczonymi,
aby mogły doświadczyć ciepła Twojej miłości,
pocieszenia Twojego Boskiego Serca.”
BĘDZIESZ MINISTRANTEM
I jeszcze małe „Post Scriptum”: W mojej parafii jest rodzina, która ma pięcioro dzieci . Byli oni kiedyś na rekolekcjach wakacyjnych w Małym Cichym. Obchodzili tam swoje dwudziestopięciolecie ślubu. Ostatnia Msza na rekolekcjach, ofiarowana w ich intencji, była pięknym zwieńczeniem naszej formacji. Składając gratulacje, powiedziałem im wtedy: „Życzę Wam Opieki Maryi i obfitego Błogosławieństwa Bożego dla szóstki waszych dzieci!” W tym momencie matka, prawie że głośno westchnęła... Zaraz po Mszy podeszła do mnie i zapytała: „- czy to aby nie proroctwo?”
Po pewnym czasie dowiaduję się, że „przypadkiem” zaprosili małego zaniedbanego chłopaka z domu dziecka, który nie miał gdzie iść na święta. Potem kolejne święta i spotkania, aż w końcu zaczęli się zastanawiać, czy chłopca nie przyjąć do siebie na stałe. I tak się stało. Dzisiaj ona czasem mi mówi: „ - Ksiądz miał rację, ksiądz się wtedy nie pomylił.” A ja patrzę na tego małego, który już trzy lata chodzi do naszego kościoła i widzę zdumiewającą zmianę jego zachowania. Z początku - bardzo rozproszony, „żywa rtęć”, nie umiał usiedzieć. Dzisiaj natomiast chłopczyk – już po wczesnej Komunii – spokojnie siedzi przez całą Mszę w ławce i patrzy uważnie na ołtarz. Czasem spojrzy na swą mamę i zapyta: „Mamo, ale będę ministrantem?”. A mama mówi z radością w oczach: „- Będziesz, będziesz.” Wyczuwa, że synek musi jeszcze trochę poczekać. Myślę, że jego rodzice, za przyjęcie tego dziecka, na pewno pójdą do nieba! To zachwycające, jak może wpłynąć na dziecko normalna, chrześcijańska rodzina. Czasem owa mama przychodzi do mnie i mówi: ”Proszę księdza, ja już nie dam rady, to jest nie do wytrzymania!” Uśmiecham się wtedy i mówię „wytrzymasz, wytrzymasz; przetrwaj.”
Nie boję się o tę rodzinę, bo wiem, że dopuścili Boga do głosu.
Autor: Łukasz Chruściel
Kontakt
twierdza@modlin.hg.pl